piątek, 04 października 2013
04-10-2013 - Całe ciało mnie boli

Całe moje ciało mnie boli. Pewnie, że moje - bo niby czyje. Ciało boli jak ból głowy, ucha gardła... Rzeczy nieużywane mają to do siebie, że rdzewieją, psują się, tracą właściwości. Ciało nieużywane od miesiąca - traci gibkość, sprawność i nawet w swym zewnętrznym obrysie zmienia się z dnia na dzień. 

Moje ciało od miesiąca nie dostało odpowiedniej dawki ruchu, katuje je bezczynnością... Ciało cierpi, przestaje mnie słuchać. 

 

Moje ciało mówi do mnie:

DOŚĆ !

 

 

07:52, inna_bajka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 września 2013
16-09-2013 - Cukinia w roli głównej czyli mało profesjonalny wpis o gotowaniu

Miała zrobić wpis pt MAM TEGO DOŚĆ … Ale doszłam do wniosku, że nie i koniec;)

W sumie, trochę przez przypadek nagadam (napiszę) się dziś o cukinii. Wszystko dlatego, że Kg i J prosili mnie, aby wrzucić na bloga przepis na makaron z cukinią.

 

Cukinia, kabaczek, bakłażan – sama nie wiem, co jeszcze mieści się w tej kategorii. W Polsce, a szczególnie tu, na południowym – wschodzie cukinia jest bardzo popularną rośliną, ale… wykorzystuje się ją przede wszystkim do leczo.  W górach ukraińskich jadłam cukinię w różnych zalewach wprost ze słoika, we Włoszech – dodaje się ją do makaronu, grilluje i nadziewa.  My staramy się używać ją wszędzie. R wymyśliła kiedyś sałatkę z cukinią, wrzuca ją do makaronu, mama Pt robi z niej niesamowite leczo, L z racji bycia wegetarianką przerabia na pasztet.  Ja natomiast – zapiekam z nadzieniem, wrzucam do makaronów, robię roladki na grilla, a od kiedy mam ją w nadmiarze – wymyślam… Od jakiegoś czas, kiedy po znajomych i rodzinie rozpowiedziałam, że przyjmuję każdą cukinię – zawsze w mojej kuchni można znaleźć warzywo typu kabaczek.  Przerabiam je bieżąco, bez konkretnego planu a czasami nawet i celu. Dlatego też dzisiejszy wpis będzie pozbawiony zdjęć kulinarnych.

Z moim gotowaniem to trochę jest tak, że za każdym razem wrzucam w Google hasło, czytam, przeglądam, wybieram i tworzę własną kompozycję.  Pt często pyta skąd wiem, że to do siebie pasuje, … Nie wiem – wyobrażam sobie smak, kojarzę…

 

Makaron z cukinią i łososiem

Niezbędniki:

Makaron Penne, Cukinia (ilość dowolna), duża cebula, łosoś wędzony, papryka czerwona, puszka kukurydzy,  śmietana, czosnek (według uznania), ostry w smaku ser żółty plus parmezan do posypania.

 Przyprawy – wedle uznania – ja dodaję sól, pieprz, chilli, bazylię, oregano…trochę dobrej papryki.

Proces (przy) gotowania:

Makaron gotuję w lekko osolonej wodzie z dodatkiem oliwy (lub oleju z suszonych pomidorów), a tuż obok na patelni w tzw. międzyczasie - robię sos:

Cukinię obieram lub nie ( w zależności czy ma grubą łupę) i kroję na małe, stosunkowo cienkie kawałki, wrzucam na patelnię wraz z pokrojoną w piórka cebulą i czosnkiem oraz przyprawami. Po kilku minutach dodaję do całości bardzo drobno pokrojoną paprykę. Duszę warzywa na małym ogniu aż zmiękną. Na sam koniec dodaję pokrojonego łososia, chwilę czekam i na sam koniec zalewam wszystko śmietaną pomieszaną z startym na drobnych oczkach żółtym serem i solą.

Na koniec – mieszam wszystko w wielkim garnku, chwilę podgrzewam,…. Kładę na stół a każdy sam doprawia sobie parmezanem – wedle uznania.

 

Ciasto drożdżowe z cukinią

Przepis na drożdżowe krążki z cukinią znalazłam TUTAJ. A ponieważ zanim do niego dotarłam naczytałam się wiele - zmodyfikowałam tylko nieznacznie farsz… Ciasto, bowiem jest rewelacyjne!

Farsz wg mojego pomysłu:

Starta na grubych oczkach cukinia,

Cebulka podsmażona na patelni,

Ser żółty,

Sól, pieprz i chilli.

Cukinię pierwsze starłam,  osoliłam i zostawiłam na pół godziny żeby puściła wodę. Kolejno odcedziłam i pomieszałam z pozostałymi składnikami.

 

Placki z cukinii

Do tego, co mi zostało z farszu ( starta cukinia, cebula, ser żółty, sól, pieprz i chilli) dodałam – trochę mąki, jajko i ząbek czosnku – wyszło ciasto na plaski z cukinii… Rewelacja! Smażone na głęboki tłuszczu, smakują prawie jak placki ziemniaczane, ale są o wiele delikatniejsze.

 

 

Sałatka z cukinii wg pomysłu R

Co potrzeba:

Brokuł, cukinia, feta

Pestki z dyni, bazylia, oregano, chilli, oliwa, czosnek, sól

Jak to zrobić:

 Brokuł ugotować, cukinię pokroić na plastry - zrumienić na patelni z niewielką ilością oliwy, fetę pokroić w kostkę, pestki uprażyć na suchej patelni

Z oliwy, czosnku i przypraw przygotować sos - połączyć wszystkie składniki, delikatnie wymieszać

 

Moja wariacja na ten temat:

Brokuł, kalafior, cukinia, feta,

Czosnek, jogurt naturalny, natka pietruszki, koper, szczypiorek, oliwa, sól, bazylia i oregano.

Brokuł i kalafior gotuję na parze, cukinię z odrobiną oleju jak powyżej na patelni, do tego – feta w kostkę a sos: jogurt mieszam z oliwą, czosnkiem, poszatkowaną natką, koprem i szczypiorkiem…

Mieszam i podaję z grzankami,….

 

Grillowane roladki z cukinii:

Do tego używam tego, co mam – ale podstawa to: cukinia, ser (może być feta, albo jakiś ostry, twardy ser żółty), warzywo jak np. papryka, cebula.

Cukinię kroję na bardzo długie, cienkie plastry (ja to robię nożem do filetowania ryb J). Po czym solę z każdej strony i wrzucam na chwilę na rozgrzaną patelnię żeby zmiękła. Jak ostygnie – zawijam delikatnie z serem pokrojonym w słupki i papryką, cebula lub innym warzywem, które mi wpadnie w rękę,… Roladkę zabezpieczam wykałaczką i kładę na grilla…, Jak kto lubi – można przyprawić ziołami…

Moim zdaniem rewelacja – choć niektórzy twierdzą, że to „trawa z grilla”.

 

 

Jesień już za oknem,... Bieszczady piękne - mam nadzieję, że pogoda pozwoli w następny weekend wyjechać - tym czasem kilka zdjęć z poprzedniego weekendu z zaproszeniem do oglądnięcia Bieszczadzkich Połonin osobiście: 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

Tagi: cukinia
10:51, inna_bajka
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 września 2013
27-31-08-2013 - Rowerowe Węgry

Myślę, że wszystkie pomysły wyjazdów i włóczęg są po trochu mieszanką przypadku, a po trochu – jakiegoś wielkiego planu. I tak było tym razem.  Gdzieś pomiędzy jedną a drugą stroną www Pt wpadł na przegląd najlepszych tras rowerowych. Ponieważ oglądanie świata z perspektywy siodełka roweru stało nam się ostatnio bardzo bliskie – oglądaliśmy zdjęcia i wytyczone drogi z zafascynowaniem.  Zapragnęliśmy czegoś takiego i wcieliliśmy projekt w  życie. Wybór padł na Węgry – tak na dobry początek, bo stosunkowo blisko, końcem sierpnia (czyli w jedynym możliwym terminie) klimat jest tam cudowny, a trasa – objechanie Balatonu – wydawała się być doskonała na podsumowanie kończących się wakacji…

Wyjechaliśmy końcem sierpnia, tacy nienasyceni latem… Dodatkowo - nieprzygotowani (bo czas nie pozwolił na dokładne zaplanowanie), liczący na łut szczęścia (który od początku projektu nam towarzyszył), własny intelekt i upartość.  Od początku pomimo wielu obaw – świat pchał nas w kierunku tego wyjazdu – zakupiliśmy prawie za darmochę sakwy, jedyna dostępna w okolicy mapa Węgier wpadła nam w ręce, a Pt cudem ustawił w ostatniej chwili nawigację. Niezrażeni przeciwnościami losu – uparcie postanowiliśmy realizować nasz plan.

Podróż rozpoczęliśmy we wtorek wieczorem, aby już nad ranem w środę znaleźć się na miejscu… Po drodze – cudownie błądziliśmy po Słowacji, oglądając wioski, polne drogi i zwierzęta w lesie. Nad ranem udało nam się krążyć po Budapeszcie i oglądać światła miasta odbijające się w Dunaju. A w momencie,  kiedy cały węgierski naród budził się do życia nas, znużonych drogą – budziła do życia wielka burza... Przeczekaliśmy nawałnicę pod dachem jednej ze stacji benzynowych i powoli, po ustaniu ulewy ruszyliśmy w kierunku – Balatonalmadi – miasteczka, które obraliśmy, jako bazę wypadową.

Czasem brak planu okazuje się zbawienny - tym razem brak sztywnych terminów, dostępny duży zapas czasowy i niedookreślenie, co do wyjazdu – pomogło na bieżąco reagować. Nie wyjechaliśmy, więc pierwszego dnia – tylko beztrosko na ławeczce przy brzegu Balatonu jedliśmy śniadanie, później zwolna rozbiliśmy namiot i na karimacie ułożyliśmy ciała do spania… Pierwszy dzień minął na odpoczywaniu przy dobrym jedzeniu i winie. I tak pewnie miało być … Przeglądnęliśmy mapę, rzuciliśmy okiem na trasę i na początek ustaliliśmy sobie ambitny cel – objechania i zwiedzenia okolicy w dwa dni… Nasza trasa – po przejechaniu okazał się mieć 226 km. W pierwszy dzień – 126 km, w drugi – 100 km.

 

 

Dzień pierwszy

Wyjechaliśmy z Balatoalmadi w kierunku Siofoka, ponieważ z dostępnych w Internecie opisów trasy wynikało, że południowa cześć jest mniej ciekawa, a ze względu na ukształtowanie terenu nie sprawia większych trudności. Po kilkudziesięciu kilometrach wiedzieliśmy już, że cel na ten dzień ustalimy ambitnie – padło na Keszthely.  Jak się później okazało – była to bardzo dobra decyzja. Zwiedziliśmy południowy brzeg przejeżdżając przez większe i mniejsze miasteczka, jadąc prawie cały czas nad brzegiem Balatonu (nie zawsze zgodnie z wytyczoną ścieżką). Poznaliśmy klimat tego miejsca – na zamkniętych plażach, przy budkach z langoszami. Ale też tam, gdzie małe gliniane domki i dachówki z cegły naznaczone czasem przypominają o starych czasach. To, co mnie osobiście uderzyło w tym krajobrazie to kontrast pomiędzy tym, co nowe i piękne, a tym, co stare, zaniedbane i porzucone. Nad Balatonem jest wiele takich miejsc – obok porzuconych reliktów przeszłości stoją nowoczesne, strzeliste hotele. Mam wrażenie, że to, co było jest nie ważne, czeka na rozpad… Nikt nie pomaga w tym upadku starego … Ale dlaczego nikt nie remontuje, nie dba? A te wszystkie uzdrowiska, hotele z lat 70-tych? Czy ten dizajn dla Węgrów nie jest ciekawy ? Nurtuje mnie to przede wszystkim dlatego,  że Węgry w mojej pamięci są kolorowym krajem pełnym postkomunistycznych kolorowych budynków, wesołych ludzi, wina, kukurydzy, kwitnących pól słoneczników i soczystych owoców.

Co mnie jeszcze uderza na Węgrzech? Cisza. Wszechobecny język niemiecki, stosunkowo mało turystów z Polski i mała ilość sklepów otwartych w godzinach późnowieczornych. Keszthely było miastem, w którym najdłużej w swoim życiu, po dojechaniu na miejsce – poszukiwałam wieczornej strawy. Owszem budek w stylu langosz plus piwo jest wiele… Ale poszukiwanie sklepu, gdzie można zakupić trochę owoców, warzyw i wina – okazało się prawdziwym wyzwaniem.  Udało nam się po kilkudziesięciu minutach dotrzeć dzięki niemieckim wskazówką do CBA i zakupić wszystko, co dusza zapragnęła.

 

 

 

 

Dzień drugi

Obudziło mnie słońce, musiałam wyjść z namiotu i zrobić kilka zdjęć… Świat się dopiero budził do życia, kilku wędkarzy nad brzegiem Balatonu czekało na oczko, a ja z aparatem łapałam dobre światło… Cudowne są takie chwile – kiedy wydaje się nam, że oprócz nas na ziemi nie ma nikogo, kto widzi to samo… Chwile ulotne…

Plan na drugi dzień był bardziej ambitny – po analizie przy śniadaniu – doliczyliśmy się 90 km do przejechania, kilku podjazdów i temperatury prognozowanej na około trzydzieści stopni.  Zebraliśmy więc szybko swoje rzeczy i po rozliczeniu opłat za camping – ruszyliśmy w dalszą drogę.

Spodziewaliśmy się wiele po tej trasie - mieliśmy przejechać u podnóża zamku w Szigliget, dalej przez jedyne w tym rejonie pole golfowe, i najładniejszy region Badacsonytomaj – Węgierską Toskanię. To tam spędziliśmy najwięcej czasu. Co krok, a właściwie ruch koła – zatrzymując się by pstryknąć zdjęcie. Cudowne, nieskażone miejsce… Takie, w którym chce się w cieniu krzaków winogrona usiąść i pozostać na zawsze, ze szklanką wspaniale schłodzonego wina podziwiać krajobraz i wdychać zapach lawendy.

Wyjechaliśmy stamtąd z tęsknotą za miejscem, które się właśnie opuszcza. Nogi , po wypitej co dopiero szklaneczce wina – odmawiały nam posłuszeństwa… A przed nami były kolejne kilometry podjazdów. Najdłuższy – ten do centrum Tihany – przypominał ile sił w naszych nogach drzemie. Wjechaliśmy do miasteczka i tuż za zakrętem natknęliśmy się na jeden autobus, a później kolejny, za rogiem gęsiego spacerowała wycieczka, a za nami ustawiał się sznurek samochodów. Nie takie Tihany pamiętałam…Rozaczarowałam się mocno. Dla mnie było to miejsce, które kojarzyłam z opactwem Benedyktynów, małymi klimatycznymi domkami i glinianymi garnuszkami, które do tej pory stoją u mnie w domu… Tymczasem Tihany zmieniło się przez te lata – obok ślicznych domków stoją budki z chińską tandeta, a na skwerze spacerują tłumy turystów…. To już nie to miejsce… Czasem lepiej nie wracać do miejsc wspomnień…..

Ostatni odcinek – pomiędzy Tihany i Balatonalmadi – minął szybko – na poszukiwaniu langoszy, oglądaniu zamkniętych plaż i martwieniu się, żeby powietrze z dętki Pt nie wyszło całkiem i pozwoliło dojechać do celu…

Przybyliśmy do kresu i zarazem początku naszej rowerowej podróży po 17:00, zmęczeni, ale jakże uradowani. Nie bacząc na wszystko – w strojach rowerowych poszliśmy do Pireus Etterem na kolację… Wszystko smakowało wybornie. A Pan kelner, z urody Grek, z zachowania Węgier a z obyczajów Kosmopolita – w każdym ze znanych sobie języków starał się z nami porozumieć, życzyć smacznego i pytać o smak potraw…

Wracaliśmy do Polski zadowoleni, z projektami kolejnej rowerowej trasy w głowie… Włochy ? Jezioro Bodeńskie ? A może – wycieczka wzdłuż wybrzeża nad Loarą… Świat jest ogromny i stoi przed nami otworem.

 

 

 

Z informacji praktycznych:

- trasę z Polski, przez Słowację i Węgry przejechaliśmy drogami nieodpłatnymi – polecam każdemu, kto chce zobaczyć więcej,

- w drodze powrotnej – za granicą węgierską, przed Nową Spiską Wsią (przekraczaliśmy granicę w Banreve) przejechaliśmy kilometry podjazdów i serpentyn i wytyczyliśmy nowy cel górskich wycieczek – Słowacki Kras,

- nad Balatonem korzystaliśmy z kempingów Balatontourist.

- zakupy – polecam robić w większych sieciowych sklepach, różnica cen pomiędzy sklepikami nad Balatonem, a tymi np. w Tesco bywa czasem i czterokrotna…

 

 

 

 

 

wtorek, 27 sierpnia 2013
14-18-08-2013 - Rumunia - Moja Trzecia Ojczyzna ?

Pt spytał czy Rumunia to moja trzecia ojczyzna. Nie wiem, jeszcze nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć.  Jeszcze nie znam tego kraju … Kilka dni w Alpach Rodniańskich nie pozwoliło mi poczuć, czy ta ziemia to moja ziemia, takie moje miejsce na mapie…

Choć z drugiej strony się zastanawiam, czy mam te swoje miejsca na ziemi. A może to tak, że ja wszędzie potrafię poczuć się jak u siebie.  

Ale o Rumunii słów kilka.

 Pojechałam w Alpy Rodniańskie, bo jakoś tak od dawna ciągnęło mnie w tamtą stronę. Nie wiem dlaczego. Kilka lat projekt takiego wyjazdu chodził mi po głowie. Kupiłam przewodnik, planowałam trasę, namawiałam znajomych. Udało się całkiem przez przypadek – i tak oto pojechałam zobaczyć kraj, który w Polsce kojarzony jest paradoksalnie z Cyganami, trzecim światem i wszechobecnymi psami.  A przecież tam, jak wszędzie – żyją ludzie, z którymi można tak po prostu popatrzeć na świat, porozmawiać, zjeść wspólny posiłek i posłuchać muzyki. Wrócę do Rumunii przy najbliższej okazji–, bo chcę jeszcze raz pooglądać ten kraj pełen kontrastów, gdzie obok pałacyków stoją drewniane chaty, obok wszechobecnego folku – gra muzyka disco, a w jej rytm tańczą plastikowe dziewczyny. To kraj, gdzie pan z „Rolexem” na ręce zajada szaszłyka, a inny młody człowiek – gdzieś w górach wypasa owce.  Kraj taki, jak nasz. I to w tym wszystkim chyba jest najważniejsze – żeby szukać podobieństw... Chodziliśmy tak sobie po szczytach – i szukali – tu Beskidu Niskiego, tak Gorców, gdzieniegdzie tatrzańskich krajobrazów, a od czasu do czasu – widoków z bieszczadzkich połonin. Wszystko, bowiem jest w tych górach – a przede wszystkim – Polacy I Rumunii.  Podobno jedyne dwa narody, które można spotkać na szlakach.  Mamy też Cyganów, którzy na stokach zbierają borówki, koczują w bardzo oryginalnych namiotach, pomagają jak człowiek człowiekowi i całkiem nieźle mówią po angielsku. Nie wszędzie człowiek człowiekowi bywa wilkiem.

 

Pakowanie



 

 

Sapanta

 

 

 

 

 

 

 

Folklor w strojach mieszkańców

 

Alpy Rodniańskie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 


Hola La Prislop 

 

 

 

 

Jutro (a właściwie to już dzisiaj) mój laptop oddaję do czyszczenia, a my wyruszamy dalej….

W pokoju na podłodze porozrzucane rzeczy, ale rowery przygotowane… Jedziemy końcem sierpnia poszukać słońca, wina, dorodnej papryki, glinianych garnków zawieszonych na plotkach i koloru słonecznika. 

Po prostu być...

 



środa, 14 sierpnia 2013
14-08-2013 - Najbardziej (nie)lubię

 Najbardziej nie lubię tego momentu tuz przed – siedzę przed sterta rzeczy, które prędzej czy później i tak będę musiała posegregować i wrzucić do plecaka. Nie lubię, kiedy na chwile musze pomyśleć o wszystkim – zaplanować z góry kilka dni. Śniadanie obiad kolacja - chlebek z dżemem zupka chińska i kanapka z pasztetem.

 

 I wtedy, kiedy wydaje mi się, że nie chce mi się jechać – siadam przed komputerem zerkam na stare zdjęcia i już przychodzi do mnie to uczucie – każe mi wstać i jak najszybciej zając się ogarnianiem rzeczy.

 

Później jest już tylko droga; długa droga przed nami; powrót i planowanie kolejnego wyjazdu.

 

14:41, inna_bajka
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 sierpnia 2013
02-08-2013 - Czasem najtrudniej jest się zatrzymać

 Ostatnio noszę się z zamiarem wpisów, pielęgnuję je w sobie, chcę pisać, a później brakuje mi czasu. Albo wtedy, kiedy już czas zwalnia i mogłabym usiąść do komputera – brakuje mi koło mnie narzędzia, które pomogłoby wprowadzić tekst do bloga. Brak sprzyjających okoliczności powoduje, że wpis ewoluuje. I choć ufam, że nie ma w tym nic złego – to czasem żałuję, że na przykład tak, jak w zeszły weekend, zmęczenie ciała nie pozwoliło mi już pisać. Chciałam napisać, bowiem długi tekst o podróżowaniu, o stylach podróżowania, o tym, że każdy ma prawo do tego żeby ruszyć przed siebie i każdy może to robić na swój indywidualny, nieprzewidziany sposób. Chciałam napisać o tym, że niektórzy podróżują stadnie, a niektórzy nawet w grupie są indywidualistami. Chciałam – ale usiadłam na chwilę.  Zatrzymałam się i zrozumiałam, że to samo prawo, które rządzi ruchem, rządzi też spoczynkiem. Długi tekst o konieczności ruchu –zamienił się w niekoniecznie długi tekst o konieczności zatrzymania się na chwilę, o konieczności nabrania oddechu. O tym – jak ciało mówi dość i zmusza do odpoczynku. A później jeszcze o tym –że po takim odpoczynku człowiek ma okazję zobaczyć świat z zupełnie innej perspektywy, z innym kolorytem.    

 

Nadrabiając ostatnio zaległości w czytaniu – w tekście Katarzyny Boni przeczytałam:

Pędziłam dalej. Codziennie coś nowego. To, co lubię: długie godziny w pociągach, niewygodne siedzenia, szukanie noclegu, […] Byłam w ruchu, który jest dla mnie tak ważny. Mój zachłanny wzrok wreszcie mógł się nasycić. W drodze zapomniałam o tym, co było, bo uwagi wystarczyło mi tylko na to, co jest. Po dwóch miesiącach dotarłam na wschód Chin, do miasta Xiamen. Dotarłam też do kresu sił. Sytuacje, które mogły mnie cieszyć, napawały lękiem. Uśmiech przemienił się w grymas, zaciekawienie w zniechęcenie. […]

Zrozumiałam, że jeśli się nie zatrzymam, jeśli nie osiądę, jeśli nie zbuduję swojej namiastki domu w tej nowej rzeczywistości, to równie dobrze następnego dnia mogę kupić bilet powrotny do Polski.

 

Jak już wyruszam – nie chcę wracać. Dlatego też – zmuszam ciało do odpoczynku. Pomimo , że wewnętrzny pęd zmusza mnie do ciągłego bycia w ruchu – zrozumiałam, a raczej – uczę się rozumieć – że muszę dać sobie czas, żeby się zatrzymać.

Sztuką jest znalezienie równowagi. Gdzieś pomiędzy ruchem, a spoczynkiem jest poznanie.

 


08:33, inna_bajka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 lipca 2013
30-06-2013, 07-07-2013 - Rowerowo

Pt powiedział ostatnio, że musi pisać, wpisywać, wypisywać na blogu, bo tylko wówczas czuje, że jego myśli są poukładane. To samo powiedział o czytaniu. Uważa bowiem, że jak nie czyta - to stoi w miejscu, brakuje mu pomysłów.

Moje myśli nieuczesane? Myśli czeszą się same.


Coraz mniej czasu na bloga, coraz więcej czasu na życie? Coś w tym jest. Ale czy życie bez bloga jest nieuczesane? A może myśli mogą czesać się same, tak po prostu – bez przelewania ich na papier, czy inną formę wyrazu..? Jak dla mnie – nieosiągalne. Dlatego bloga trwa … A częstotliwość wpisów nie świadczy o jakości życia. Życie różne układa piosenki…

Układam sobie myśli w głowie nie tylko podczas pisania. Owszem – pisanie sprawia, że w świat chaotycznych myśli nabiera dyscypliny. Konieczność napisania krótkiego tekstu uczy nas układać to, co pozornie bywa chaotyczne.


Miałam pisać o czymś innym – a jednak życie samo przez się plecie – czasem tekst, który miał traktować o rowerowych eskapadach, traktuje o tekście, który właśnie się pisze.  Tak jak u Nosowskiej w Teksańskim – gdyby chociaż mucha zjawiła się … Mucha się nie zjawia, za to dookoła  krąży za wiele komarów…


Może właśnie o to chodziło – że tekst miał być o tekście, a nie o trasie . Ale właśnie – nie będę pisać- wrzucę tylko parę zdjęć z dwóch ostatnich weekendów i niech one powiedzą same ze siebie… Tak jak tydzień temu w Medżilaborcach – nie mówił Warhol, a jego obrazy, nie tylko jego…


30-06-2013 – Pogórze Przemyskie


Temeszów - Jabłonica Ruska - Wołodź - Siedliska - Dąbrówka Starzeńska - Bartkówka - Pawłokoma - Słonne - Bachórzec - Dubiecko - Nienadowa - Iskań - Piątkowa Ruska - Żohatyń - Ulucz - Witryłów - Temeszów  

 

Jabłonica Ruska 

 

 

 

Wołodź

 

Kwiaty u wrót - Wołodź 

 

 

Przez dziurkę do klucza - wnętrze kościoła - Wołodź

 

 

 

 

Czas na odpoczynek - Rynek w Dubiecku

 

Nienadowa


07-07-2013 –  Polsko - Słowacka Transgraniczna Trasa Rowerowa 

 

Komańcza- Radoszyce - Palota - Medżilaborce- Mikowa (powrót tą samą drogą)

 

Początki - Radoszyce

 

Muzeum - Medżilaborce 

 

Przed wejście -przed nami Andy - za nami - niezliczone ilości młodych Romów proszących nienaganną polszczyzna  o Euro, Złotówkę, bułkę, cukierka, batonika, wodę... 

 

Fontanna bez wody - a Andy z parasolką 

 

Wejście do muzeum - przy tym przygniecionym Fiacie 126p znajduje się parking dla rowerów ....

 

Mikova

 

W drodze powrotnej 


 

 

 

 

Radoszyce

 

Radoszyce

 


niedziela, 23 czerwca 2013
16-06-2013 - Z drugiej strony - Gorce



 

Długo zastanawiałam się co napisać o Gorcach. Albo inaczej – jak opowiedzieć krótką historię chodzenia po tych górach. Doszłam do wniosku, że pokażę drugą stronę górskich wycieczek czy wypraw. Nie tylko ładne widoki, szczęśliwych ludzi i przyjaznych tubylców. Górska pasja bowiem (myślę, że jak każda) to nie tylko uśmiechnięte twarze na szczycie.

Nie znałam wcześniej tych gór, jakoś tak, nie wiedzieć czemu, po drodze w Tatry zawsze je omijałam. Może dlatego, że ukształtowaniem terenu przypominają Bieszczady, a do tych mam zawsze jakoś bliżej i po drodze.

 

Wędrowanie po Gorcach zaczęliśmy wcześnie, bo niewiele po ósmej rano. Już na początku pogoda mocno dawała się we znaki – powietrze stało, a z nieba na przemian lał się żar i lekki deszczyk. Klimat tropikalny, sprzyjający leżeniu, a nie wspinaniu się po zboczu. Nasz upór jednak był nie do pokonania, przyjechaliśmy specjalnie po to, żeby pokonać wyznaczoną trasę, a więc ani złowieszcze słowa napotkanych tubylców o zbliżającej się burzy, ani warunki atmosferyczne nie mogły nas odwrócić od obranego celu. Pierwsze podejście pokonywaliśmy powoli, tak na rozruch… Koszulki już po kilku minutach były całe mokre, a nogi upaprane świeżym błotem. Zawsze w takich chwilach myślę sobie o szczycie lub o tym jak prawdziwy turysta różni się od tego z folderów reklamujących górskie wycieczki czy odzież outdoorową… Ale czy jakiś obywatel pojechałby w polskie góry gdyby do wyjazdu zachęcała go zziajana brunetka z mało szykowną fryzurą, albo pan z wypiekami na twarzy i w przepoconej koszulce /?/ To jest ta właśnie – zupełnie inna strona gór. Zanim dotrzesz na szczyt i z Turbacza czy Hali Długiej zobaczysz Tatry – musisz wspiąć się do góry, w nadziei, z oczekiwaniem na najlepsze – ufać, że się uda… A nie zawsze się udaje zrealizować cel, dotrzeć na szczyt, czy zobaczyć piękny widoczek. Czasem ciało odmówi posłuszeństwa, a czasem pogoda nie pozwoli. Zmiennych jest wiele. Co w takim wypadku pcha nas w góry i nie pozwala usiedzieć w miejscu ? Pasja, nadzieja, chęć doświadczenia czegoś innego ? 

Góry odmieniają ludzi, uczą pokory, dystansu i akceptacji innych i siebie. Bez względu na to czy wybiera się spokojne, krótkie trasy czy długie i mordercze. Zawsze po przejściu drogi coś pozostaje i czegoś brakuje… I właśnie ten deficyt prowokuje kolejny ruch w górę.

 


Następne wędrowanie w Gorcach – jesienią… Póki co – tyle ścieżek do przebycia, tyle dróg do przejechania…

 

Tagi: Gorce
12:21, inna_bajka
Link Komentarze (2) »
środa, 19 czerwca 2013
13-06-2013 - Nasze "Miasteczko Bełz"

Myślenie nigdy nie może przekroczyć granic pewnego krajobrazu, który nosi człowiek pod powiekami. Zawdzięcza go człowiek domowi, z którego wyrosła jego dusza, oraz przeszłości, która podsuwała mu obraz bohaterów…

Józef Tischner

 

 

Do Naszego Miasteczka Bełz trafiłam kilka lat temu wraz z IdC. Chciał mi pokazać to miejsce, bo bardzo kojarzyło mu się z tym o którym pisała Osiecka, a śpiewał Adam Nowak. Nasze miasteczko to właściwie nie miasto tylko jedna z uliczek w Rymanowie. Ale jak się okazało – po przeanalizowaniu – skojarzenie z prawdziwym Bełzem nie było w tym wypadku przypadkowe.

 

Bełz to miasteczko znajdujące się obecnie w Obwodzie Lwowskim na Ukrainie, przed wojną w większości zamieszkałe przez społeczność żydowską. To do tego miejsca na ziemi tęsknił Aleksander Olszaniecki i napisał o nim piosenkę. Wiele lat później to samo miasteczko opisała Osiecka, a Magda Umer czy Adam Nowak mistrzowsko oddali atmosferę miasteczka.

Rymanów łączy z Bełzem nie tylko wzajemnie bliskie położenie, ale właśnie przede wszystkim – historia. Przed wojną bowiem znaczną część społeczeństwa stanowili tu Żydzi. Dziś – po wielu różnych dla historii latach – widać to nie tylko w pozostałościach po kirkucie, Synagodze (druga najstarsza na Podkarpaciu i jedna z najstarszych w Polsce) ale także po układzie urbanistycznym samego miasteczka, pozostałościach zabudowy. Może nasze skojarzenia to tylko przypadek, determinowany chęcią odnalezienia miejsca. A może nie. Urocza jest ta wąska uliczka z drzwiami i oknami wychodzącymi wprost na chodnik, ze starym sklepem i domami z cegły...

 

 

 

Czasem znalezienie takiego miejsca prowokuje odkrywanie, determinuje kolejne cele podróży... Zastanawiam się jak i kiedy dotrę do prawdziwego Miasteczka Bełz. 

 

czwartek, 13 czerwca 2013
02,09 - 06- 2013 - Czarowny Beskid Niski



 

 

 

 

Na rozstaju dróg jakżem stanął, wybrałem tę mniej uczęszczaną.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów

 

 


 

Nasze życie jest drogą, a może drogami… Idziemy skądś i dokądś… Mamy lub nie mamy celu tej drogi, ale zawsze –poruszamy się. Tym razem wybór naszego celu podróży nie był przypadkowy, ale zdecydowanie podyktowany warunkami atmosferycznymi. Dwa ostatnie weekendy nie chcieliśmy spędzać daleko od domu, wiedzieliśmy bowiem że pogoda może w każdej chwili się zmienić i wycieczka tak naprawdę będzie wówczas tylko przejażdżką samochodem. Wybór padł na Magurski Park Narodowy. Pt od dawna mnie namawiał, żeby pojechać w te okolicy – Beskid Niski jest nam bliski a taki niedoceniony, nieodkryty. Bywa natomiast zaskakujący. I zdecydowanie - jest wyludniony. A to niekiedy bywa zaletą ponad wszystko.

 

 

droga do/z Nieznajowej

 

Magurski Park Narodowy powstał w 1995 roku, a więc stosunkowo późno, może dlatego też – pomimo świetnie przygotowanego terenu, szlaków, zaplecza turystycznego – jest jeszcze nie skażony ruchem turystycznym. Dzięki temu – mamy na mapie Polski do dyspozycji całkiem spory obszar – który z powodzeniem możemy eksplorować na różny sposób. To zdecydowanie niższe góry niż Bieszczady, i dlatego też poruszanie się po nich nie sprawi nikomu problemu. Szlaki są dobrze oznaczone choć niewydeptane, przyroda jest tu dzika a pozostałości po starych osadach – widoczne gołym okiem. Czarowne to wszystko ponad miarę !

 

 

w drodze pomiędzy Krempną a Polanami

 

 

 

Przez dużą część parku i okolice można przejechać na dwóch kółkach. Po drodze – pozwiedzać Szlak Architektury Drewnianej – cerkwie i stare łemkowskie chyże, niektóre rewelacyjnie zachowane. W drodze pomiędzy Ożenną a Grabem mamy dom zły niczym u Smarzowskiego. Jadąc natomiast z Krempnej do Polan na każdym kroku rzucają się w oczy wiernie odremontowane chałupy, które teraz służą zapewne jako domki letniskowe. Dobrze jest się trochę zagubić w tych okolicach – podjechać do Nieznajowej i w brud przejść rzekę w kierunku Wołowca.. Podoba mi się takie błądzenie rowerem w ciepłe lato, moczenie nóg w strumykach.. szukanie śladów niegdysiejszych osad.

 

cerkiew Kotań

 

 

cerkiew Krempna

 

 

cerkiew Świątkowa Mała

 

 

cerkiew Świątkowa Wielka

 

cerkiew Polany

 

cmentarz pełen bławatków - Żydowskie

 

Całkiem Fajny Kawałek Polski tu mamy …

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
stat4u